|
poniedziałek, 07 lutego 2011
Motyw wklejania zdjęć na bloxie mnie przerósł, niestety. Od tej pory można nas znaleźć tutaj: http://szuflanndia.blogspot.com/ Motyw wklejania zdjęć na bloxie mnie przerósł, niestety. Od tej pory można nas znaleźć tutaj: http://szuflanndia.blogspot.com/
czwartek, 02 września 2010
Wydaje się takie świeże wspomnienie ubiegłorocznych stresów związanych z oczekiwaniem na przyjście na świat Jadwiszona naszego. Stresów - jak sądzę - całkowicie niepotrzebnych, raczej napędzanych przez lekarzy... Odliczanie dni, dziecięcych kilogramów, usiłowanie odgadnięcia, ile wytrzyma jeszcze pocesarkowa blizna... dzisiaj mamy już całkiem wyrośniętą kobietkę. Na dwa dni przed urodzinami ruszyła z kopyta z entuzjazmem przemierzając dom w każdą stronę, usiłując dopaść nieuważnie otwartych drzwi na schody (raz ją złapałam w połowie drogi na góre), bądź - raju dla duszy - pokoju Krzysia i Anielki. Zagadana - podejmuje niekończące się monologi okraszane pluciem i pokrzykiwaniem, chwilami, zapatrzona uważnie w mówiącego usiłuje nasladować intonację, ilością dźwięków odzwierciedlając ilość sylab w usłyszanym wyrazie. Czasem uda jej się powtórzyć namiastę "hej" lub "cześć" - to na przywitanie gości wchodzących do domu, mówi "tata", "łała" (to przy poszukiwaniach wiecznie gdzieś wciśniętej umiłowanej lalki należącej co prawda do Anielki ale litościwie odstapionej Wisiance). Głośno cmokając i bardzo z siebie zadowolona daje buziaki - ludziom, lalce, dyni w ogrodzie (!!!). uwielbia jazdę w foteliku rowerowym, wychodzenie na dwór, kąpiele - jakiekolwiek i gdziekolwiek, kota naszego - o dziwo, głaszcze go całkiem delikatnie. A nade wszystko kocha swojego misia szmatkę, na którego widok wybucha głośnym, bynajmniej nie dziewczęcym rechotem, tuli go do siebie i obgryza. Jedzenie nie stanowi najmniejszego problemu pod warunkiem by było go dużo. Słodka, miękka i przytulaśna ta nasza babeczka :) I jeszcze jedno hobby: robienie min (i tutaj wspominam równie miniastą Anielkę... :)
p.s. i nadal przesypia całe noce!!!!!!!!!
wtorek, 17 sierpnia 2010
Podobno dziecko brudne jest dzieckiem szczęśliwym. Jeżeli więc warstwa pokrywającego potomka kurzu jest miernikiem zadowolenia z życia, nasza Wigi jest prze - arcy - szczęśliwa :)
Ponieważ jej uwieszenie u mojej spódnicy utrudnia mi ciągle pracę w ogrodzie, pewnego upalnego wieczoru postanowiłam zabrać ją ze sobą bez baczenia na ewentualne konsekwencje. Efektem było zagarnięcie w posiadanie grządki - na szczęście już opróżnionej z bobu i pełne zadowolenie igraszki w ziemi. To, co było w zasadzie nieszkodliwe w piasku morskim (który wszak nie burdzi) tu okazało się zgubym dla odzieży - w tym wypadku body :) Za to Jadzia... pokochała ogrodnictwo całym swym sercem. I rwie mi się do niego bezustannie.
Z nowości: chodzić zaczęła jakoś w ostatnich dniach, na razie asekuracyjnie wypuszcza się na niedalekie wypady (ekstremum było przejście połowy salonu), potrafi nawet zawracać za pomocą zwariowanego piruetu na jednej nodze. Krzyś nadal czyta zawodowo, przerobił całego dostępnego Kajka i Kokosza, teraz wziął się na Tytusa ROmka i A'tomka. Zaczyna od komiksów, ale generalnie widzę w nim swoje geny czytelnicze (przykład: wchodzi do kuchni i nagle zamiera ze wzrokiem narkotycznie wlepionym z puszkę z fasolką i czyta, co na niej jest napisane) Zaczął skakać do wody bez rękawków - i to bez gruntu - asekurowany przez dziadka. Anielka rozpoznaje kilka liter (A, K, I, O, M) próbuje te znane łączyć w sylaby, ale na razie raczej bez większego zacięcia, więc nie naciskam. Rozszalała się rowerowo, w tym roku chyba jej prędzej kupimy prezent urodzinowy i to będzie większy rower z przerzutkami. Jest silna i wytrzymała, może da radę sama z nami jeździć (fotelik budzi już ogromny sprzeciw).
wtorek, 10 sierpnia 2010
niedziela, 08 sierpnia 2010
Jeszcze tylko wrzuvcę zdjęcia z ostatniego naszego spaceru - wieczornego - zrealizowanego w celu załapania zachodu słońca. Fakt godny odnotowania, gdyż następowała chustowa integracja taty z najmłodszą potomkinią:
Pomijam tutaj jeden dzień z naszego Łebowego ponytu - mianowicie zwiedzanie rewelacyjnego skansenu w Klukach, ponieważ zdjęcia stamtąd mąż mój ma, hmmm w pracy - zapomnieliśmy aparatu, a nasi towarzysze niedoli wakacyjnej dali Marcinowi płytę w mieście. I do tej pory jej nie dostałam od niego :) Przechodzimy więc do parku dinozaurów w Łebie - miejsca nowego - jeszcze nawet niewykończonego w pełni. Za to imponującego rozmachem, rozmiarem i ogólnym pomysłem. Dzień na zwiedzanie był fatalny, upał lał się z nieba, natomiast atrakcyjność miejsca rekompensowała wysiłek. Początkowo powitały nas imponujące stwory ryczące przeraźliwie - tutaj muszę przyznać, że jeśli idzie o walory dźwiękowe, nieco przesadzono :)
Potem na trasie był plac zabaw - marzenie każdego młodego odkrywcy i małej królewny...
"Konik, zwykły koń na biegunach":
upał nieco wymęczył wszystkich:
Dorwę drania, czyli jak dawniej zdobywano obiad: chwilka wypoczynku - obcowanie z takimi stworami rodzi pewną nonszalancję w ich traktowaniu...
... co już wyżej napisałam
Wigi, złota dziewczyna, jak zawsze w dobrnym nastroju :)
czwartek, 29 lipca 2010
Jako że początkowo pogoda jeszcze nie rozwinęła w pełni swych atrybutów upalnych, drugiego dnia udaliśmy się na ruchome wydmy. Wydma Łącka, największa z nich przesuwa się rocznie o... ok.9 m. Jeszcze trochę a dojdzie do nas :) Łebowicze to niezwykle interesowny naród - zapewne wynika to z faktu możliwości zarobkowania tylko perzez część roku. W każdym razie skorzystanie z lokalnych atrakcji przez rodzinę nieco większą niż statystyczna grozi bankructwem. Szczęsliwie dzieci obu rodzin naszych są niezłymi piechurami - postanowiliśmy, na początek więc udać się na wydmy pieszo. Wynosi to podobno 5,6 km. Idzie się laskiem, całkiem przyjemnie, jedynie nieco nerwowo, bo co kilka minut na wąskiej trasie wymijają idących meleksy wiozące tych, którzy dobrymi piechurami nie są. Nadjeżdżają cichutko, znienacka i nagle trzeba skakiwać w popłochu. Ich rywalami są rowerzyści, których też jest tam zatrzęsienie. Piesi więc lekko nie mają, zwłaszcza, gdy idą z czwórką rozbrykanej dziatwy. W każdym razie na plus należy zaliczyć fakt dotarcia na miejsce bez uszczerbku - nie wspominając o dwukrotnym gwałtownym hamowaniu rowerzystów spowodowanym wybiegnięciem na drogę Anielki. Po drodze zajhaczyliśmy o istotny punkt - poniemiecką wyrzutnię rakiet.
Po czym ruszyliśmy dalej i dotarliśmy do najwspanialszej piaskowincy świata...
powyżej Krzyś sprawdza działanie kompasu :)
piątek, 16 lipca 2010
W tym roku postanowiliśmy odwiedzić nasze własne morze. W tym celu wybraliśmy się do Łeby, miejscowości oddalonej od nas nieco, ale za to rekompensującej odległość odkrytym w internecie ośrodkiem. Jako że jechało nas w sumie 10 osób - dwie rodziny, każda z trójką dzieci, zdecydowaliśmy się na wynajęcie jednego siedmioosobowego domku. Wiedząc ze słyszenia jak się kończą tego typu wypady, jechaliśmy z drżeniem serca, czy aby piękne domki, plac zabaw i w ogóle całość nie okaże się aby skrzyżowaniem szaletu miejskiego z budką dla ptaków. W końcu jechaliśmy z dziećmi, wśród których dwoje miało poniżej roku... Jak się okazało, wybór był strzałem w dziesiątkę. Osrodek był piękny, wypielęgnowany, w domku z nami zmieściłyby się jeszcze ze dwie osoby, plac zabaw był jednym z najlepszych, na jakim bawiły się nasze dzieci, do morza mieliśmy 10 minut drogi (nie licząc 40 miutowego zbierania się z całą szarańaczą :) Łeba ma do tego masę atrakcji turystyczych. Niemal każdego dnia gdzieś się udawaliśmy - niekoniecznie nad morze. Zdjęć mamy obfitość przeogromną, na pewno na jednym wpisie się nie skończy. Jako pierwsza, na tapetę wkroczy wyprawa do latarni morskiej Stilo. Wycieczka niewątpliwie pozostanie zapamiętana do końca życia a to za sprawą gadżetu. Otóż zachciało się starszym skorzystać z bajeru zwanego GPS. Rzecz w sumie przydatna, tym bardziej, że nie mogliśmy za nic w świecie zlokalizować latarni na mapie. GPS znalazł ją sam. I nas poprowadził. Czymś, co się okazało - ale dopiero później, gdy już dwoma samochodami zagłębiliśmy się w las - zapewne ścieżką dla rowerów. W każdym razie zdecydowanie nie dla samochodów. Co należy oddać naszym, wcale nie takim wspaniałym wozom, to fakt, że ową trasę pokonały. 6 km, jechaliśmy przez jakieś 40 minut. Co chwila tonąc w obawach, że to już ostatnia dziura/piach/rów - że dalej to już samochody się rozkraczą. Przejechały. Chwałą im za to. I kierowcom także. Gdybym to ja siedziała za kółkiem stanęłabym tam i chyba czekała na helikopter... W każdym razie dojechaliśmy. Do latarni wiodła ścieżka w wydmowym lesie, wznosząca dię do góry. Gorąco zaczynało już być. Mimo to dzieci dzielnie pokonały wzniesienie.
Początek trasy, Krzyś standardowo wybiera ścieżkę niestandardową :)
Anielka ze swoim towarzyszem drogi - królikiem - takie miano przyznała gałęzi ciągniętej ze sobą przez część trasy. Pozostawienie jej wymagało od nas przekonania jej, że królikiem na pewno się ktoś zaopiekuje...
Tutaj już po porzuceniu stworzenia :)
Jagodynka wędrowała standardowo, w chuście
Latarnia okazała się być imponująca...
A to już na szczycie - za plecami morze oraz - jak to podkreślał wielokrotnie Krzyś - nieco na lewo - wydma Czołpińska
czwartek, 01 lipca 2010
Na blogu rodziny Frugal (http://www.frugalfamilyfunblog.com/) podpatrzyłam kiedyś fajny pomysł na zajęcie dla dzieci na czas podróży. Ponieważ co jak co, ale cierpliwość w oczekiwaniu na dotarcie do celu nie nalezy do najmocniejszych stron Krzysia i Anielki (jak jest z Wigi, jeszcze nie wiemy), opracowaliśmy sobie wspólnie koło ratunkowe na wypadek dłuższych tras. A takowa nas czeka w sobotę. Roboczo ochciliśmy grę mianem "Wędrownego tropiciela". Przygotowanie jest dość porste: należy przeciąć na pół kartki z bloku technicznego o formacie A-4, narysować na nich siatkę kratek, zastanowić się z dziećmi, co można minąć po drodze jadąc samochodem. Wyszły nam w sumie 4 zestawy, dwa z nich są poświęcone wyłącznie znakom drogowym. Każda krateczka ma w rogu miejsce na odhaczenie mijanej rzeczy. Kto zapełni swoją, bierze kolejną. Aby gra nie była do wyrzucenia po pierwszym użyciu, jutro jadę ją zalaminować, pisanie będzie się odbywało flamastrami zmywalnymi do tablic. Oto zestaw czterech plansz:
Aby zabawa była ciekawsza, dzieci same kolorowały oraz - to zadanie Krzysia - rysowały obrazki (znaki drogowe)
i tylko proszę nie komentować, że niektóre ze znaków mają pewne nieścisłości... :)
wtorek, 22 czerwca 2010
Nie miałam w planach dzisiejszego pisania. Ale plany bywają zawodne. Zwłaszcza gdy stają w obliczu wydarzeń przełomowych. Wigi - jak ją nazywa Krzyś - stanęła dzisiejszego popołudnia stabilnie na nogach. Tak nagle w sumie, biorąc pod uwagę fakt, że do tej pory cały czas gięła się na wszystkie strony podczas upartego wstawania przy każdej pionowej powierzchni posiadającej jakikolwiek zaczep dla palców. I, jakimś cudem, giąć się nie przestała. Ale postawiona na płaskim podłożu, gdy nie jest zbytnio czymś podekscytowana, by podskakiwać i kręcić się, nagle łapie stabilizację i powraca do niej nawet gdy wiatr (byliśmy na trawniku przed domem) ją zmusza do pochylania się. Dobre 10 sekund po kilka razy wytrwała. Ba, mało tego, dwukrotnie zaliczone ma dzisiaj trzy pijackie kroki. Zakończone oczywiście lądowaniem. Przy czym sama dzisiaj popatrywałam na jej zachowanie z dużym zaskoczeniem. Wisianka jest niesłychanie żywotna. Po przebudzeniu rozpoczyna serię podskoków, którą kończy w zasadzie dopiero przy kolejnym udaniu się spać. Jej ciałko jest w nieustannym ruchu. Nawet gdy trzymam ją na biodrze, najpierw przechyla się w prawą i lewą stronę czujnie sprawdzając, jakie mam kolczyki i czy mam na głowie okulary przeciwsłoneczne. Potem zaczyna się oklepywanie i w końcu machanie nogami na boki. Nie lubi siedzieć, posadzona, jeśli nie natychmiast to już po kilku minutach domaga się pomocy w powstaniu, względnie raczkuje do najbliższego mebla, wspina się i: albo ląduje, albo sciąga wszystko, co uda się złapać. Łypie przy tym okiem w stronę tego z dorosłych, który akurat powie: "Jadzia - zostaw!" i jedyna reakcją jest uśmiech, który rodzi się najpierw w oczach a potem rozpełza się na całą uszczęśliwioną buzię. A łapa sięga w międzyczasie, oczywiście, dalej. Wracam do trawnikowych eksperymentów. Po jednym z upadków przeturlała się kobietka na plecy. I tak została. Podkurczyła nogi w kolanach, stopy ułożyła płasko na ziemi, wlepiła oczy w przestrzeń, uśmiechnęła się. I zastygła. Patrzyłam na nią, ona chwilami kierowała wzrok na mnie, wzrok pełen zadowolenia z życia. Zadziwiło mnie ile takiego "dorosłego" chłonięcia chwili jest w tym małym człowieczku. Nie cierpiącym bezruchu a jednak potrafiącym się zatrzymać...
niedziela, 20 czerwca 2010
Jakiś czas temu przyniosłam z pracy pomoc dydaktyczną pożyczoną od koleżanki - przedszkolanki. Były to Ilustrowane opowiadania (wyd. Nowa Era) E. Gruszczyk - Kolczyńskiej i in. Testerem, bardzo zadowolonym, została teraz Anielka. Zasiadła do stołu, przed sobą mając pudłko wypełnione obrazkami przedstawiającymi m. in. rodzinę (oddzielnie: mama, tata, córka,syn, babcia, dziadek) oraz rozmaitymi zestawami typu: zwierzęta wiejskie, wyposażenie sklau z zabawkami, w którym pracuje mama, ulica z samochodami, drzewami, budynkami (sklep, przedszkole, straż pożarna etc), plac zabaw i wiele innych. Każdy element, podkreślam to jeszcze raz, był oddzielny. Do całości dołączona jest książeczka zawirająca krótkie opowiadania, do których ilustracje stanowiły obrazki. Dziecko słucha czytanej opowiastki, układając ilustrację - musi wykazać się znajomością nazewnictwa (np. w sklepie zoologicznym występuje kameleon), pojęciami określającymi położenie względem siebie ("za domem dziadka znajduje się sad, obok stoi buda, koło której leży Burek" )
Oczywiście zasadniczo jest to przeznaczone dla młodszych dzieci ale i Krzyś miał frajdę układając ulicę z samochodami stojącymi obok budynku straży pożarnej :) Poza tym można bawić się inaczej: zamiast czytania przez dorosłego, dziecko samo układa historię na podstawie wybranych obrazków. To wymaga już większej umiejętności wysławiania się i wyobraźni twórczej. Gra powędrowała już z powrotem do szkoły, ale wymysliłam, że możemy sobie zrobić własną wersję. Kupić kilka kolorowych gazet, powycinać z nich rozmaite zdjęcia (ludzi, zwierząt, budynków, elementów wyposażenia wnętrz etc) uprzednio okleiwszy je bezbarwną folią samoprzylepną dla większej trwałości. I tylko wymyślać historie... :)
sobota, 19 czerwca 2010
Przez pewien czas z niezrozumiałch powodów nie mogliśmy przerzucać zdjęć z aparatu do komputera. Problem został zdiagnozowany, rozmaity sprzęt nie lubi naszego modemu :) Dzięki tejże świadomości mogłam w końcu zgrac zdjęcia z urodzin Krzysiowych. Zdjęcia były robione tylko "tortowe", bo organizacja imprezy połączona z ogarnianiam trójki szaleńców jakoś wymazała z pamięco konieczność zdrobienia zdjęć. Piszę "szaleńców", ponieważ ilość gości wprawiła nadze dzieci w nastrój nieopisanie szmpański, poskromienie ich okazało się być bardzo trudne :)
Z tortem jest związana zabawna historia: otóż robiłam go w dużym pośpiechu podczas jadziowej drzemki, obłożyłam truskawkami po okręgu i wysypałam karmelizowanym crokantami takie jakby promienie przechodzące przez środek, żeby dzieci mogły udekorować powstałe pola. Jakoś tak mało po męsku mi to wyszło i obawiałam się, że Krzyś to zauważy, a on ostatnio bardzo męskimi rzeczami się interesuje - militaria, Gwiezdne Wojny etc. Z nietęgą miną oczekiwałam jego reakcji na widok truskawkowego koła z crokantowym krzyżem - bo takie coś mi wyszło. Krzyś podszedł, rzucił okiem, rzucił okiem dokładniej i orzekł, że bardzo fajny tort zrobiłam, a na górze to ma taki celownik, jaki mają karabiny... :) Nie muszę chyba opisywać ulgi, jaka spłynęła na mą duszę?
środa, 16 czerwca 2010
- ... Mary zbliżyła się i przytknęła swoją sześciopensówkę do kołnierza płaszcza Bajkosi. Ku zdumieniu Janeczki i Michasia pieniążek przylgnął do niego. Wówczas Janeczka przyłożyła swój pieniążek... - Mamo, mamo, czy wiesz, że są dwa słowiki; rdzawy i szary?! - Krzyś z przejęciem wpada mi w czytaną właśnie "Mary Poppins". Jest tuż przed 21, czas dla starszych, leżących już w swoich łóżkach - czas na czytanie. Anielka zazwyczaj od razu układa się poduszce i opatula kołdrą. Zasypia zazwyczaj po pierwszych kilku stronach. Krzyś z kolei, usadawia się na górnej częsci piętrowego łóżka ze swoją książką na kolanach. Póki ogląda ją, nie przeszkadza mi to. Ale gdy ja poświęcam mój wieczorny czas na lekturę, wolę, by jej słuchali. Poza tym jak Krzyś, wielbiciel serii o nietypowej niani może jej nie słuchać?! Wyrażam swoje niezadowolenie: albo słucha zamiast czytać sobie inne rzeczy, albo ja idę do moich wieczornych zajęć domowych. - Ale ja słuchałem! - sprzeciwia się Krzyś. Nie wierzę. Jak świeżo upieczony siedmiolatek, który niedawno nauczył się czytać miałby rozdwoić uwagę w ten sposób - słuchać i czytać równocześnie? Sprawdzam więc, zadając pytania do tekstu. Odpowiada na wszystkie. no i teraz zabrakło mi błyskotliwej puenty. Po prostu zabrakło... :)
wtorek, 08 czerwca 2010
Krzyś skończył dzisiaj kolejny rok życia. Lat obecnie ma siedem. W prezencie otrzymał wymarzony rower. Tzn, otrzymał go wcześniej, bo i zakup odbył się ponad tydzień przed terminem. Sprzęt został przetestowany na wycieczce - ok. 12 kilometrowej, w piachach, które Krzyś dzielnie pokonał. Przy okazji Jadzia przetestowała kask odziedziczony po bracie oraz samą jazdę na rowerze - z pełnym sukcesem :) Oto nasze duuuuże chłopię na swoim duuużym rowerze:
cyklistki młodsze podróż odbyły w cieplarnianych warunkach fotelików rowerowych: Anielka na popasie:
Jadzia w wersji sleeping...
... i nie tylko:
to już piknik - cel właściwy wyjazdu:
|
Archiwum
Zakładki:
Culinaria
Edukacja domowa
Manufaktura
Różne
Twórczość własna. Moja :)
|