|
wtorek, 09 marca 2010
Z matkowych pożądań: żeby tak doba rozciąąąąągliwa była... Wiem, wiem, postulat powszechny. Ale jak nas więcej będzie takie interpelacje zgłaszało to może w końcu coś w sprawie ruszy...? W poniedziałek kończy się domowy etap mojego - naszego życia. Rzeczywistość boleśnie się odzywa i haltuje do pracy. Urlop macierzyński się kończy... buuuu A ja i tak nie miałam wystarczającej ilości zawartości czasu w dobie. co będzie teraz?! * * * Nie roztrząsam więcej tematu, bo ugrzęznę w nim na amen. Teraz trochę o dzieciach będzie - wszak o nich ma być :) Robiłam ostatnio porządki w pudle, do którego składałam rozmaite pamiątki - pierwsze wypadnięte zęby, ścięte włoski w kopertach, świeczki z tortu, zapiski moje, takie rozmaite bezcenne skarby. Między innymi kartki wyrwane z mojego kalendarzyka, w kórym na bieżąco zapisywałam (hehe, jak miałam jeszcze mało dzieci i więcej czasu) rozmaite nowinki rozwojowe, powiedzonka itp. I między innymi trafiłam na dialog a Krzysiem - wówczas 3 letnim: - Mama, co to jest dosyt? - Jaki dosyt, skąd to wziąłeś? - No, Złotowłosa go zjadła -?! - No, bo było: Złotowłosa najadła się do syta... :) Albo taki zapis: Krzyś skacze po krzesłach w kuchni (ma dwa lata). Bez przerwy coś mamrocze pod nosem. Nagle wpada mi w ucho sekwencja: "cienki, cienki, cienki" i dalej: "Pan Zastępów" (ładnie i wyraźnie) * * * Również dwulatek: - Krzysiu, patrz, jakie ładne słoneczko! - Mama, a gdzie chmujki? - hmmm... nie wiem, nie ma! - [domyślnie] schowały się za niebo! * * * Dla dopełnienia kilka aktualnych zdjęć:
Miałam jeszcze dorzucić oddzielną notkę o owym gościnnym weekendzie, podczas którego dzieci spały pokotem na ziemi. Ale tego nie zrobiłam, bo zapomniałam. Więc tu tylko zapiszę ku pamięci, wspólny z goścmi wyjazd do pobliskiego aquaparku, gdzie miało miejsce kilka faktów i okoliczności. Jadziszon, jako zwierz wybitnie wodny zachwycony pławił się w baseniku dla niemowląt uwalony na mej piersi/Marcinowej klacie - w zależności od zmiany warty. Anielka zjechała ze zjeżdżalni duuuużej, ze mną, co prawda, ale liczy się zjazd. I - co najbardziej egzotyczne i warte zapamiętania - wraz ze starszymi dziećmi skorzystaliśmy z możliwoścy wyjścia do basenu zewnętrznego (był mróz). Do przejścia na powietrzu było jakieś 1,5 metra, woda była cieplutka i nasycona lejkami eterycznymi, nawet w wystające z wody głowy nie było zimno. Co więcej: zainspirowane obejrzanym w tygodniu programem "Maja w ogrodzie" - gdzie takowe kąpiele były przedstawiane - dzieci nasze zażądały twardo, żeby im pozwolić wyjść na śnieg. Boso, mokro i w strojach kąpielowych. Uch. Decyzja trudna, ale skądinąd wiem, że takie rzeczy nie do końca szkodzą :). Zgodziłam się. Wylazły. Anielka nawet usiagła z wyprostowanymi nogami na śniegu. Położyć się - jak to robiła dziewczynka z programu - nie zdołała. Ale widać było, że faktycznie zimna nie odczuwała. Hamulce raczej w jej głowie siedziały. Piszę o tym z opóźnieniem ponieważ najpierw czekałam, czy się nie pochorują (dziadkowie by nas ubezwłasnowolnili, chacha) - w takim wypadku bym zamilkła na wieki. Ale się nie pochorowały.
poniedziałek, 15 lutego 2010
Życie nam się ostatnio zintensyfikowało i zabrakło mi czasu na pisanie :) Ale kilka migawek rzucę: 1. Pomysł zaczerpnięty z jednego z blogów (proszę mnie zamordować, ale nie mogę sobie przypomnieć, z którego :( Własnoręczny wyrób kredek świecowych multikolorowych. Zabawa przednia dla małych i dużych, tym bardziej, że połączona z dewastacją :) FototutoriaL:
Kredki są, oczywiście, pieczone w piekarniku Odwiedzili nas w weekend goście, nocowali u nas nie pierwszy raz, pierwszy raz, natomiast postanowiliśmy umieścić wszystkie starsze dzieci razem do spania w jednym pokoju i na jednym posłaniu. I... udało się! Zasypianie zajmowało nieco więcej czasu niż zazwyczaj, ale dziatwa była uszczęśliwiona takim wakacyjno - biwakowym rozwiązaniem. Spanie wyglądało malowniczo bardzo:
poniedziałek, 01 lutego 2010
Dzisiejszy wpis w całości poświęcony najmłodszej. Bo też i ona zmienia się najprędzej...
Jadzia obecnie ma skończone 5 miesięcy. Znajduje się teraz w arcyrozkosznym momencie swego życia - wyjątkowo łatwo wywołać uśmiech na jej buzi - kosztuje on kilka słow do niej zwróconych zaledwie. Pulchniutka, słodka i mięciutka aż się do niej ręce rwą. Zwłaszcza, gdy rano wyspana, rozgadana aż się rozpromienia w łóżeczku na widok zaglądającej osoby. Zaczyna wtedy z radości wymachiwać wszystkimi kończynami naraz, jakby miało jej to pomóc w wyrażeniu wielkiego entuzjazmu.
Interesuje się wszystkim - od gazety - im bardziej szeleszcząca i kolorowa tym lepiej, po filiżankę z kawą. W końcu zwróciła uwagę również na zabawki. Najczęściej sięga po zawieszone w łóżeczku tescowe słoneczko odzidziczone po Anielce. Często zdarza się, że bawi się nim aż do zaśnięcia - leży lekko zwrócona w jego stronę, pogryza pszczółkę przyczepioną do niego, coś tam gada i nagle zaczynają się jej zamykać oczy. I śpi...
Jest wielką amatorką jedzenia. Testujemy już nowe smaki, na razie jeszcze nie jako pełne posiłki, raczej jako popróbowanie i sprawdzenie ich działania (wykluczenie ewentualnych alergii etc). Na razie wszystkie nowości robią furorę - zaliczamy do nich: kaszę mleczno - ryżową z bananami, dynia z ziemniakami, szpinak. O jabłkach, w które wsysa się tak , że jej oderwać nie można już nawet nie wspomnę. Na widok zbliżającej się łyżeczki, łapki zaczynają młócić ślepo powietrze, buzia rozwiera się jak u pisklaka i zaczyna się wyczekujące pojękiwanio - postękiwanie. Śmieszne to okropnie :)
Muszę też dodać, że starsze rodzeństwo zachowuje się wobec niej rewelacyjnie - jeśli wykluczyć kłótnie i bójki o to, na kogo Jagódka dłużej popatrzyła. JAk na razie - tfu, tfu, Krzyś i Anielka nie wykazują objawów zazdrości i złości. Aczkolwiek, nauczona doświadczeniem, czekam na moment, gdy mała nabędzie umiejętności mobilnych... I najważniejsze: na chwilę obecną, Jagódka zasypia nadal sama w łóżeczku - zakneblowana smokiem trzymanym przez tetrę i z misiem - szmatką od cioci Agnieszki na głowie.
czwartek, 21 stycznia 2010
Zbliża się znowu czas odwiedzin w poradni PP w związku z załatwianiem formalności edukacyjnych na rok przyszły. Zastanawiałam się ostatnio, jak Krzyś wypadnie w tym roku. Mam nadzieję, że się nie uwstecznił :), natomiast na pewno poprawiła się mu grafomotoryka, bo rysuje dużo i chętnie (zdecydowanie mniej chętnie rysuje szlaczki, do których w związku z tym go nie zmuszam - bez nich przeżyje jakoś). Muszę zrobić zdjęcia jego ostatnich rysunków, co mi się bardzo w nich podobało, to pokrywanie kolorem całej płaszczyzny kartki - rysunki są kolorowe, najchętniej przedstawiane są oczywiście różnego rodzaju maszyny, ale dzisiaj, np. narysował obrazek pożegnalny dla pani od angielskiego (tydzień temu dowiedzieliśmy się, że ich grupa zostanie rozwiązana, grrr) i na nim widnieje dom, las, rzeka z mostem etc. Nawet co poniektóre elementy są po angielsku podpisane :) Anielka też narysowała obrazek, weszła w etap pięknych głowonogów z dziesiątkami palców u obu rąk, przy czym ta sama postać została raz określona jako koń, pan a potem jako pani od angielskiego :) Krzyś coraz lepiej składa wyrazy, sylabizuje, głoskuje - staram się to z nim robić raczej zabawowo, ale nad książką przy stole też wychodzi bez większych oporów. Problemem są ciągle jeszcze dwuznaki, ale na wszystko przecież musi przyjść czas. Dzisiaj oglądaliśmy na Discovery film o mumiach egipskich - zdaje się, że nam się nowe pole zainteresowań otworzy - do tej pory z tematów historycznych na topie były obie wojny świtowe, a w zasadzie broń i żołnierze. W niedzielę całą rodziną oglądamy Czterech pancernych... Poza tym widzę, jak przebywanie razem dobrze robi dzieciom - dużo się razem bawią, kłócą się równie dużo, ale coraz lepiej im te konflikty się zażegnują. Chociaż ostatnio Krzyś rano siadł mocno zamyślony przy mnie i tak, nadal dumając nad czymś srodze, rzekł do mnie: "Mamo, to dziwne, ale ja chyba Anielkę kiedyś lubiłem, bo mamy takie zdjęcia, że ją na kolanach trzymam..." Po każdej kłótni pada zresztą stwierdzenie, że się nie lubią, natomiast po dniu "poprawnym" Krzyś potrafi się rano snuć po domu, czekając aż się Aniela obudzi i nie usiądzie do zabawy sam, tylko czeka na nią. Z lektur ostatnio odświeżam sobie literaturę Jana Grabowskiego, tego, który pisał o zwierzętach ("Puc, bursztyn i goście", Skrzydlate bractwo" i wiele innych) Dzieci są zachwycone, zresztą czytanie Grabowskiego odbywało się na zmianę z "Karolcią" i "Witaj Karolciu". Książki o zwierzyńcu biją rekordy popularności, a największy entuzjazm czytelników budzą sceny największych zadym dziejących się pomiędzy bohaterami opowiadań (typu: skłębione w szaleńczej zabawie psy, które demolują całe podwórko) Na zakończenie jeszcze krótka sesja z wdzięcznymi modelkami:)
Anielka, podobnie zresztą jak Krzyś, jest na razie ideałem starszej siostry (z ideałem młodszej siostry u Anielki to różniście bywa:) ) Piszę dzisiaj mocno chaotycznie, ale zmęczona jakoś jestem i ciężko mi zebrać myśli. Więc idę spać.
wtorek, 19 stycznia 2010
Znowu dzień bez starszych dzieci - poświęcony na załatwianie spraw chustowych, robienie, prucie, ach!!! - podziwianie nowo nabytej książki z wzorami Tildy - kto wie, co to jest, niech zazdrości :) Wieczór - kompletnie z innej bajki. Ponieważ odwiedziła mnie dzisiaj koleżanka, Jagódka podekscytowana była do szaleństwa - tak ostatnio reaguje na gości. Stwierdziła ponadto, że spanie nie jest zajęciem dla twardziela i od godz. 14.30 do 22 nie zasnęła ani na chwilę. Oczywiście humoru to jej nie przyprawiło. Marudziła łypiąc wściekle czerwonymi z niewyspania oczymi, tarła buzię, po czym, położona do łóżeczka, w którym zasypia zazwyczaj bez żadnych problemów (pod warunkiem, że ma spełnione trzy warunki: smok w buzi, pielucha jako knebel na smoku i szmatka z misiem na czole i oczach - sama ją sobie tak naciąga) leżała przez jakieś trzy minuty udając, że idzie spać. Po czym zaczynała nawoływać. Gdy szłam do niej, przekonana, że podam jej tylko smoka, pogłaszczę zaspaną już buzię i wyjdę, od progu witał mnie jej przyśpieszony głośny oddech (oznaka czegoś absolutnie przeciwnego do spania), odgłosy kopania w kocyk oraz radosne guganie, które w sekundę po wzięciu na ręce zmieniało się w ryk. Zasnęła niedawno i czuję się, jakbym wcale dnia wolniejszego za sobą nie miała :) Za to, ku pokrzepieniu - scena z Aniellą, która już nocną porą, długi czas po położeniu do łóżka, przyczłapała do nas i zaciągnęła mnie - już zmęczoną Jadziowymi wyczynami - do pokoju. Zniecierpliwiona pytam, o co chodzi. - Książke mi szpadła ż półki - faktycznie, stoimi nad jakimś małym broszurkowym wydaniem bajeczki. - I co?!?!?! - I mnie się nie chcze szchylać...
piątek, 15 stycznia 2010
Choroba, tyle się dzieje, że nie mam czasu notować. Od ostatniego poważniejszego wpisu zaszły różne wydarzenia a ja juz ich nie pamiętam. Ale na pewno muszę wspomnieć, że w ubiegłą sobotę byliśmy z dziećmi na kuligu, Marcin ze starszymi jechał na sankach za dużymi saniami a ja... za nimi samochodem... bo w dużych saniach nie było miejsca, żebym się z Jagodziną zmieściła. W każdym razie, mimo iż dystans przebyty był raczej mizerny, dzieci były zachwycone, nie przeszkadzał im ani wiejący wiatr ani śnieg walący po oczach ani fakt, że w stodole, do której jechaliśmy miały miejsce trzy duże imprezy symultanicznie i tłum ludzi latał wokół. Aparatu nie mieliśmy ze sobą, za to mogę pokazać jak wyglądał powrót do domu:) ANIELKA
TATA ANIELKI :)
Do miłośników zwierząt: Alberto na drugim zdjęciu bynajmniej nie wrzeszczy rozpaczliwie przygnieciony śmiertelnie przez swego pana, tylko ziewa potężnie. Proszę nie wzywać TOnZ
środa, 13 stycznia 2010
Poza koroną - po długiej sukience, oczywiście. Takie przekonanie ma przynajmniej Anielka. W związku z tym wczoraj powstała sukienka specjalnie dla królewny. Polar od cioci Moniki (może Lula też będzie chciała?) aplikacje z rozmaitych pociętych części garderoby. Polarowej, oczywiście :)
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Podobnie jak cały kraj, zresztą. Co nas od reszty kraju różni to fakt, który doprawdy wymaga uwiecznienia na blogu: nasza gmina nie została zaskoczona tym faktem. Myślę, że to naprawdę jest ewenementem tym bardziej że pług śnieżny przyjechał do nas w niedzielę rano (!!!!!) I to nikt po niego nie dzwonił! I zajechał na naszą boczną drogę, która na mapie dróg gminnych jest traktowana nie jak droga kategorii B lub C ale jakieś XYZ... A oto, jak nasze wewnętrzne służby drogowe/ścieżkowe radziły sobie z kataklizmem:
niedziela, 10 stycznia 2010
Odkryłam wczoraj dawno zapomniane zdjęcia: Krzyś w wieku 1,5 roku w pełni rozkwitu ospy (czyli tuż po Bożym Narodzeniu, pierwsza krosta pojawiła się 25 grudnia). I te loczki, których istnienia trudno byłoby się dopatrywać dzisiaj... ech...
i jeszcze jedno zdjęcie, z wakacji. Namiastka jeziora :)
sobota, 09 stycznia 2010
Popełniłam fatalne faux pas - udało mi się spóźnić o co najmniej kilka tygodni z pokazaniem wszystkim cudeńka stworzonego przez moją mamę - tworzonego rokrocznie od lat trzech - dodam. Domek z piernika, bo o nim mowa staje się wraz z upływem lat coraz bardziej wyszukany. Tegoroczny jest przepiękny. Pieczony wespół z wnukami przed Bożym Narodzeniem został uroczyście pożarty w noc sylwestrową przez Anielkę, Krzysia oraz ich gości - czas pożerania jest naszą świecką tradycją. Całe Święta dzieci chodzą wokół niego i męczą się by go nie tknąć, za to w Sylwestra następuje uczta godna Lukullusa...
piątek, 08 stycznia 2010
... istnieją gdzieś na świecie dzieci, które przesypiają całą noc już w pierwszym roku życia. Ba, nawet w czwartym miesiącu. Podobno takie dzieci trafiają się nawet naszym znajomym. Nie wierzę. Matematycznie, statystycznie nie wierzę. Bo jak to jest możliwe, żeby przy trójce dzieci ani jedno takie nie trafiło się nam? Zarówno Krzyś jak i Anielka nie przespali całej nocy przed ukończeniem drugiego roku życia. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że trafiło im się to grubo po ukończeniu tegoż roku. Jadzia jak do tej pory także nie przejawiała większych inklinacji w tym kierunku... Nam się jedynie trafiają światełka w tunelu - tak jak dzisiaj. Jagódka ułożona do spania o godz. 20 pokręciła się nieco jak się kładłam o 24 a na jedzenie obudziła się o 3. Cudnie. To co mnie powstrzymuje przed zbyt egzaltowaną radością z tego faktu to właśnie świadomość, że na dłuższą metę to najprawdopodobniej nic nie znaczy. Jutro obudzi się za to 8 razy. Tak zawsze u nas było. Najpierw wielka radość, że może uda się już normalne spanie a potem... ech, nocki jak zwykle. Aczkolwiek fakt siedmiogodzinnego snu nocnego, choćby jednorazowego zasługuje na uwiecznienie. * * * Krzyś coraz ładniej czyta. Nawet nieco dłuższe wyrazy. Dalej zapału wystarcza mu jednak na trzy, cztery słowa i już ma dosyć. :)
środa, 06 stycznia 2010
No, to znaczy, nie całkiem porzucam wszystko, ale postanowiłam przestać obarczać historię dzieci moimi wypocinami twórczymi :) Odtąd można je będzie znaleźć tu: www.szuflanndia.blogspot.com zapraszam... |
Archiwum
Zakładki:
Culinaria
Edukacja domowa
Manufaktura
Różne
Twórczość własna. Moja :)
|